Czy moje życie to porażka?
O rozczarowaniu, które przychodzi koło trzydziestki, kiedy dorosłość nie jest taka, jak sobie ją wyobrażaliśmy i moim ulubionym odcinku Girls
Myślałam, że ja nie chcę (być szczęśliwa). Dawno temu obiecałam sobie, że będę doświadczać wszystkiego. By opowiadać o tym ludziom i ich ratować. Ale to takie męczące. Pozwalać, by ze wszystkiego się zwierzali. Przyszłam tu, do Ciebie. Masz miskę z owocami i pełną lodówkę. I szlafrok. I dotykasz mnie… Nie jestem inna. Chcę tego, co wszyscy. Tego samego. Chcę być szczęśliwa. -Hannah Horvath
Ten cytat z serialu „Girls” nie może wyjść z mojej głowy od wielu tygodni. To jeden z moich ulubionych odcinków. Hannah podrzuca śmieci z kawiarni do śmietnika sąsiada-lekarza. Przychodzi przeprosić, zaczynają się całować, spędzają super czas w jego domu, a po seksie zaczyna płakać. Płakanie na pierwszej randce jest bardzo w moim stylu. Dlatefo uwielbiam ten serial, chociaż nie znam bardziej irytujących bohaterek niż Dziewczyny. Jest taki chaotyczny. Jak życie. Moje życie. Życie Hanny. Ale nie życie sąsiada-lekarza, bynajmniej nie na pierwszy rzut oka. Jego mieszkanie jest idealne. Sam je wyremontował, chociaż kupił w kiepskim stanie. Jest zaradny. Nie tak jak Hannah. Ani ja. Ja i Hannah i jak się okazuje większość moich znajomych przeżywamy właśnie kryzys. Taki, który przychodzi koło 30, kiedy jesteś już naprawdę dorosły, a przynajmniej powinieneś być, zważywszy na PESEL. Kryzys, który przychodzi, kiedy okazuje się, że to jak wyobrażałaś sobie dorosłe życie - wcale tak nie wygląda. Starym znajomym z liceum się udało, synowi koleżanki Twojej starej się udało, ale Tobie, mi i wszystkim innym Hannom tego świata tak niespecjalnie. Właściwie ledwo utrzymujesz się samodzielnie, wynajmujesz kawalerkę tak ciasną, że mieści się w niej tylko bałagan, nie napisałaś nadal książki, ani nawet ebooka i nie zarabiasz z pisania, tak jak marzyłaś. Ani kariery, ani dzieci, w kuchni masz tylko płatki z mlekiem. Psa byś chciała, ale nie masz, bo sytuacja w Twoim-moim życiu to zawsze: to skomplikowane. To nieodpowiedzialne, żeby w takiej sytuacji psa brać. Czasem pilnuję psów za pieniądze i mieszkam wtedy przez tydzień w odremontowanej przedwojennej kamienicy albo w domu z sauną w podwarszawskiej miejscowości. Wyobrażam sobie wtedy jakby to było mieć takie życie, tyle metrów kwadratowych, podgrzewaną podłogę, taras, na którym można robić jogę i wysikać pieska na szybko, tylko uchylając mu drzwi, żeby nie marznąć. Ciężko mi to sobie wyobrazić. Jak to jest kupować drogie kosmetyki, nie zastanawiając się czy starczy mi wtedy pieniędzy, żeby opłacić rachunki. Jak to jest wychowywać w takich warunkach dziecko. Nawet jeśli nigdy nie chciałam mieć dzieci, przede wszystkim z powodów ekonomicznych. Nigdy nie czułam się w swoim życiu na tyle bezpiecznie i stabilnie, żebym pomyślała, że mogłabym mieć dziecko. W wynajmowanej kawalerce nie ma miejsca na dziecięcy pokój.
Rozmawiałam o tym z moimi koleżankami i okazało się, że wszystkie boimy się, że być może poniosłyśmy porażkę. Kapitalizm wmówił nam, że gdybyśmy tylko wstawały trochę wcześniej, pracowały trochę ciężej… Wszystkie ciężko pracowałyśmy na zaburzenia depresyjne i lękowe, które przyszły zamiast obiecanego sukcesu oraz statusu. Mamy prawo być rozczarowane. Niby nie chciałybyśmy takiego beżowego salonu i oświadczyn pod wieżą Eiffla, ale chciałybyśmy jakoś bardziej to wszystko „ogarniać”. Chciałybyśmy, żeby było łatwiej. Chciałybyśmy być szczęśliwe. Ale zawsze, kurwa, coś. Na grupowym czacie moja Przyjaciółka zastanawia się jak to jest z tą całą dorosłością. Pyta czy to uczucie bycia pomiędzy dzieckiem a dorosłym to coś takiego jak czyścieć. Mamy po trzydzieści lat i nadal boimy się nastoletniej ciąży. Ja za nic w świecie nie chciałabym zgubić tego dzieciaka w sobie. Ale i tak się zastanawiam: czy moje życie jest porażką? Z kapitalistycznego punktu widzenia: rzeczywiście tak - bo bliżej mi do kryzysu bezdomności niż do milionów na koncie. Nawet bardzo blisko. A może trzydziestka to nie czyściec, ale kokon, w którym tkwimy jak gąsienice, rozpuszczające swoje dotychczasowe tkanki, żeby zbudować się na nowo na własnych zasadach. Już nie jako robak, ale dojrzałe stadium, które może rozprostować skrzydła i polecieć, dokąd tylko zechce. Chciałabym wierzyć, że tak jest, ale tak nie jest. Bynajmniej nie do końca. Myślę o tym, że jako motyl będę równie wrażliwa i krucha, nieprzystająca zupełnie do szorstkiego świata, w którym istnieją bomby atomowe, donald trump, pedofilia, homofobia i patriarchat. Technofeudalizm to nie jest odpowiedni system dla takiego stworzonka jak ja (w jakiejkolwiek postaci). Jak śliczna i zabawna bym nie była, nadal będę na samym końcu łańcucha pokarmowego, zawsze na marginesie społecznym. Mój sukces nigdy nie będzie systemowym zwycięstwem, bo rozjeżdżają się nasze definicje bogactwa. Czy zatem można powiedzieć, że odniosłam w życiu sukces? Chociaż nie mam pracy, pierścionka zaręczynowego, zdolności kredytowych, marki osobistej? Chociaż nigdy nie byłam na egzotycznych wakacjach i nie mam idealnie gładkiej skóry? W dobrych momentach staram się myśleć, że jest mi tak trudno, nie dlatego, że robię coś źle, ale dlatego, że czuję więcej. Że świat nie jest stworzony dla takich jak ja - a mimo wszystko udało mi się przeżyć prawie trzydzieści lat (bez większych obrażeń). Może to neuroatypowa głowa, a może po prostu każdy z nas ma jakiś poziom wrażliwości i mój jest akurat ekstremalny. Może to cena, jaką trzeba zapłacić za odwagę bycia motylem. Czy byłabym szczęśliwsza, gdyby moje życie było bardziej poukładane? Pewnie spokojniejsza. Sąsiad-lekarz, któremu Hannah podrzucała śmieci, a jego życie wydało się jej idealne, też miał swoje problemy. Żona właśnie się z nim rozwodzi, bo zbyt wiele czasu spędzał w pracy.
Marzę o rzeczywistości, w której nie muszę pracować, żeby przeżyć, żeby o siebie zadbać. To dość kontrowersyjna opinia, chociaż nie rozumiem dlaczego. Nigdy nie marzyłam o karierze. Coraz częściej słyszę, że sukces to wyregulowany układ nerwowy i trudno się z tym nie zgodzić. Nie tylko spokojny, ale też zaspokojony. Bogactwem jest dla mnie czas, który mogę spędzić z ludźmi, których kocham. Robienie rzeczy, które sprawiają mi przyjemność - bez presji, że każde hobby trzeba zmonetynować i najlepiej od razu być zawodowcem. Zdrowa relacja ze swoim ciałem to sukces. Spontaniczny ruch. Przyjaźń. Telefon od Dziadka. Umiejętność bycia tu i teraz. Trawa łaskocząca ciało, kiedy się leży na niej w słoneczny dzień. Śmiech, od którego bolą policzki. Czyste powietrze. Pokój na świecie. Zrobienie komuś śniadania do łóżka. Zrobienie komuś loda. Któryś poranek tuż po epizodzie depresyjnym, w którym orientujesz się, że znowu masz ochotę żyć. I nadal, jak Hannah, chciałabym przeżyć wszystko. Doświadczyć więcej. I komuś o tym opowiedzieć. Wtedy będę szczęśliwa… Spełniona. Jeśli życie ma sens to jest nim kochać i być kochanym. A nie pracować i być przepracowanym… I chociaż mam prawie wszystko, czego mi do szczęścia potrzeba to jednak ciągle żyję w trybie przetrwania. W wiecznym napięciu, na celowniku kapitalistycznego tygrysa, który ślini się na mój widok, trzęsący się ze strachu. W wiecznych obliczeniach czy wystarczy mi pieniędzy, żeby… żyć. Czy moje życie to porażka? Czy to, że wciąż, mimo przeciwności losu, nie dałam się pożreć - to sukces?

Czytam ten tekst i widzę tak wiele podobieństw, bo chociaż mam pracę na etacie, to przeżywam to wszystko co ty. Lubię swoją pracę, a mimo to artystyczna część mnie nie jest zadowolona, jestem po niej zmęczona, nie mam czasu i chęci na coś innego poza nią (pracą). Staram się robię ale jest to trudne. Czuję stres za kapitalistyczną wersję siebie. Czuje jednak, że to co tu napisałaś ma ogromne znaczenie "sukces to wyregulowany układ nerwowy i trudno się z tym nie zgodzić". A mi wyregulowanie, mimo wszystko, daje stały dochód i poczucie bezpieczeństwa. W domu wpajano mi, że pracę trzeba mieć, w pracy muszą widzieć, że pracujesz i zawsze masz się starać. Tylko czy to nie zatraca tej wrażliwej mnie, czy nie dlatego cierpię? Nie wiem, ale staram się to wszystko zbalansować. W sierpniu mam 27 lat, trzydziestka się zbliża, a ja jestem sama. A tak cholernie chciałabym budzić się przy kimś i dzielić z tą osobą doświadczenia. jednak też staram się doceniać każde swoje doświadczenie i chwile. Wiem, że to jak postrzegam świat jest zaletą, że to wszystko mogę czuć i z tego czerpać. Ale.. to tez ciężar. Dziś wrzuciłam tu pierwszy tekst, bo wszystkie gwiazdy na niebie mówią mi że musze regulować swoją emocjonalność właśnie w ten sposób. Może dzięki temu osiągnę w tym specyficznym świecie balans? Będę próbowała. Dziękuję za twój tekst. Jak zawsze skłania mnie do refleksji. Do porównania myśli. edit: Zapomniałam dodać, bo pisałam to dwa razy. Dziewczyny to serial, który kocham i utożsamiam się z Hanną. Każdy kto go oglądał chyba ma takie same doświadczenia i odczucia względem postaci. Ich się nie da czasem lubić, dostajemy raz po raz paletę "potocznie" nieakceptowalnych zachowań. Jednak czuję że takie właśnie jest życie. popełniamy błędy I chociaż mam wielu wspaniałych przyjaciół, znajomych i ludzi wokół od których czerpię co najlepsze, to często nie jestem w stanie zrozumieć czyjegoś zachowania i to też jest okej ;), ale nad tym aż tak się nie skupiam oddalam to nie analizuję aż tak. Ale myślę, że to też dlatego, że swoje własne życie, wybory a nawet myśli analizuję z każdej dosłownie strony i oceniam się bardzo krytycznie, więc do innych często podchodzę łagodniej niż do siebie.. Nie muszę, wszystkiego rozumieć, być idealna, chodzi o proces.
Tylko po czterdziestce nie jest łatwiej.
Chociaż ja przekraczając czterdzistkę, czyłem się lepiej nie po przekroczeniu trzydziestki.