Tempo Miłości
Post post-walentynkowy o tym jak być kochaną, kiedy choruje się na depresję. Historia prawdziwa
Nie tak dawno temu myślałam, że o miłości wiem już wszystko, że mogłabym doktoryzować się w temacie kochania. Byłam świetna w teorii. Mam autyzm, a miłość to jedno z moich specjalnych zainteresowań. Od deski do deski przeczytałam bell hooks dobre kilka razy, przeczytałam „Wymyślić miłość na nowo” Mony Chollet. Dzień w dzień zapętlałam na spotify miłosne afirmacje. Miłość stała się moją linią obrony, kiedy zakończył się mój kilkuletni związek. Nie chciałam się obwiniać, ani nikogo znienawidzić. Szkoda by było zmarnować niewykorzystane pokłady miłości, z którymi zostałam po rozstaniu. Chcąc znaleźć dla nich miejsce i praktyczne zastosowanie, szybko nauczyłam się kochać siebie, dokładnie w taki sposób o jakim marzyłam. Dbałam o siebie, rozpieszczałam, zabierałam na solo randki, traktowałam się z należytą czułością i wyrozumiałością. Zachwycałam się wszystkim i wszystkimi. Zdecentralizowałam miłość romantyczną. Wszystkich i wszystko chciałam kochać. Miłość to lekkość. Długo unosiłam się kilka centymetrów nad ziemią, na słodkiej, miłosnej chmurce, obdarowując tym uczuciem ludzi, których spotkałam wtedy na swojej drodze. Rozdawałam swoje pokłady empatii, kochając innych w tych miejscach, w których nigdy nie byli kochani (dostrzeżeni, rozumiani). Zawsze dziękowałam za wspólnie spędzony czas, nie oszczędzałam im ciepłych słów, odprowadzałam koleżanki do domu, nawet nauczyłam kilku hetero-kumpli mówić „kocham Cię”, w momentach, kiedy naprawdę mogliśmy na siebie liczyć.
Nie byłam interesowna. Przyjęłam miłość jako styl życia. Miałam poczucie misji, że jeśli chcę świata opartego na moich wartościach, na miłości, na wzajemnej trosce, na radykalnej empatii to sama muszę być sercem, jasno świecić przykładem i zostać liderką, która pociągnie za sobą resztę świata. Chociaż dawałam z siebie co najlepsze, większość tych znajomości po prostu rozmyła się w czasie. Kiedy szczerze się siebie kocha to łatwiej stawiać granice. Niektórzy chętnie brali, ale trudno im było dodać coś od siebie. Wiedziałam jak NIE chcę być traktowana - mówiłam to głośno, dawałam drugie szanse, ale nie mogłam dłużej godzić się na bylejakość relacji. Z niektórymi chętnie wymieniałam się „powierzchownymi” uprzejmościami, chociaż oczekiwałam raczej wymiany najgłębszych myśli, kogoś, kto rzeczywiście będzie chciał wejść głęboko w moją duszę albo chociaż będzie potrafił mnie rozśmieszyć. Inne relacje rozmyły się przez odległość, przez osoby trzecie, przez to, że drugą stronę irytował mój niepohamowany życiowy optymizm albo dlatego, że sama zaczęłam się izolować, kiedy trafił mi się gorszy humor. Ludzie przychodzą i odchodzą, byłam z tym pogodzona. Ale nie byłam gotowa, żeby w pojedynkę dźwigać tyle odrzuceń i rozczarowań.
Byłam świetna w teorii miłości. Myślałam, że jeśli jeszcze kiedyś się zakocham to wszystko będzie proste i będziemy żyli długo i szczęśliwie. W teorii to proste, ale w praktyce… Jesteśmy w takim wieku (dwudziestym pierwszym), że wszyscy jesteśmy po przejściach. Doświadczyliśmy okropnych sytuacji. Nie dostaliśmy jasnej, precyzyjnej definicji miłości, którą moglibyśmy dzielić z bliskimi. Nasi rodzice, nawet mimo najszczerszych chęci, nie byli wystarczająco wyedukowani w temacie. Chrześcijańska miłość do bliźnich nagle kończyła się tam, gdzie zaczynała się miłość nieheteronormatywna. Miłość, którą popkultura karmiła nas jak popcornem, okazała się nie mieć happy endu w prawdziwym życiu. Tradycyjny model rodziny nie nadążał za zmieniającymi się czasami. Kochanie siebie było jak syzyfowa praca w systemie, który ciągle stawiał poprzeczkę wyżej i wyżej, mamiąc, że dopiero na końcu tej nieskończonej drogi będziemy naprawdę szczęśliwi. Kiedy myślałam, że jestem naprawdę szczęśliwa, minęłam się na podwórku z dziewczyną, z którą zdradził mnie mój ówczesny chłopak… Błądzimy wszyscy bez wyjątku. Ciągle liżemy stare rany. Krzywdzimy się nawzajem, bo nie nauczono nas jak kochać, ani tym bardziej jak być kochanym. Dlatego wszyscy podchodzimy do miłości z pewną dozą ostrożności - żeby znowu się nie sparzyć. W końcu ja też straciłam do miłości zaufanie…
…tym samym, straciłam cząstkę siebie. Fundament. Mówią, że aby pokochać prawdziwie drugiego człowieka, trzeba najpierw pokochać siebie. To cytat z Ericha Fromma i swego czasu bardzo w niego wierzyłam. Wierzyłam, że zdrowy związek powinien być nagrodą za zbudowanie wewnętrznej harmonii. Wisienką na torcie. Przecież byłam szczęśliwa. Brakowało mi tylko Kogoś, z kim mogłabym się tym szczęściem podzielić. Ciągle liczyłam, że Miłość czeka na mnie tuż za rogiem, ale spotykałam się tylko z rozczarowaniem. Nie nadążałam z wylizywaniem ran. Chcąc uniknąć kolejnego odrzucenia, zaczęłam unikać życia w ogóle. Przez rok nie uprawiałam seksu, nie dotykałam nikogo. Serce traciło swoją temperaturę. Depresja zmieniła kolory mojej rzeczywistości z cukierkowo-różowych na szare, bure i ponure. Pamiętam, że samotność bolała jakby ktoś położył mi na mostku wielki, betonowy blok. Tego samego dnia, kiedy umówiłam się na randkę, miałam myśli rezygnacyjne i jakieś przeczucie. Gorzej być nie może - pomyślałam sobie.
Na pierwszym spotkaniu byłam akurat cieniem samej siebie, co gorsza, pamiętającym jak to jest szczerze się kochać i nie potrafiącym w tamtym momencie tego odtworzyć. Pamiętam, że ubrałam się byle jak, żeby w razie czego On mógł się od razu do mnie zniechęcić. Byłam wspomnieniem Miłości. Brakowało mi wiary, pewności, błysku w oczach, regularnych ćwiczeń, pracy, pomysłu na siebie, fajnych ubrań, dotyku drugiej osoby. Myślałam, że nie jestem wystarczająca. Dużo płakałam, źle o sobie myślałam, sama miałam siebie dość. Z pustego to i Salomon nie naleje, prawda? Co ja mogę dać drugiej osobie, kiedy straciłam swoje najcenniejsze zasoby? Wiele razy pomyślałam: co On we mnie widzi? Jak może mnie lubić, kiedy ja sama jestem taka pogubiona? On w sumie też był pogubiony, ale to nie przeszkadzało mi prawie wcale. Chciałam coś poczuć. Całą winę brałam na siebie. Myślałam tylko o sobie i o tym, że nie jestem taka, jaka byłam, jaka chciałabym być. Były momenty, w których zastanawiałam się czy w ogóle jestem w stanie jeszcze stworzyć jakąś zdrową relację, skoro jestem chora. Maskowałam się z obawy przed odrzuceniem. Wstydziłam się siebie. Wstydziłam się zaufać, powiedzieć co czuję, tańczyć, śpiewać, opowiadać o swoich marzeniach, zrobić kupę w jego domu. Wstydziłam się, że mam depresję. Myślałam, że On też się mnie wstydzi. Miałam chore myśli. I chociaż minęło już kilka miesięcy to czasem nadal się na tym łapię.
Ostatni raz, kiedy się w kimś zakochiwałam miał miejsce osiem lat wcześniej. To na tyle dawno, żeby zdążyć zapomnieć jak to jest. Poza tym, byłam wtedy o osiem lat młodsza, brałam narkotyki i brakowało mi życiowego doświadczenia. Jakby w ogóle Miłość do drugiej osoby była powtarzalnym scenariuszem. Jakby w ogóle kiedykolwiek cokolwiek przytrafiało mi się w życiu „normalnie”,„jak wszystkim”. A jednak - wszyscy mamy o Miłości pewne wyobrażenie, kolektywną fantazję, o tym jak powinniśmy jej doświadczyć. Kulturowa wizja romantycznej Miłości obiecuje każdemu „szczęśliwe zakończenie”. Miłość ma nas uskrzydlać, odbierać troski i wątpliwości, uderzyć silnym, magicznym uczuciem prosto w serce i zapewnić natychmiastowe życiowe spełnienie. W dobie aplikacji randkowych łatwo wpaść w myślową pułapkę, że jeśli strzała Kupidyna nie trafi nas na samym początku to trzeba „się szanować” i dalej przesuwać w lewo albo w prawo. Ja miałam tylko przeczucie i depresję do wyleczenia. Żadnych motylków, fajerwerków, pochopnych deklaracji. Droga przed nami wydawała się być usłana raczej kłodami niż różami. W tym samym czasie moja Przyjaciółka też kogoś poznała. Tam wszystko szło „podręcznikowo”. Wyznanie Miłości, poznanie rodziców, wspólne wakacje, święta, przeprowadzka, rozmowy o przyszłości. Inna Koleżanka po pół roku wysłała na grupowym czacie zdjęcie pierścionka. Ja po pół roku nadal bałam się powiedzieć typowi „kocham Cię”. Nie fantazjowałam o zaręczynach, ale po cichu trochę im zazdrościłam, że ktoś był ich tak bardzo pewny. Ja nie byłam nawet pewna siebie.
Chciałam wierzyć, że romantyczna Miłość przyniesie mi (natychmiastową) ulgę. Ale dopiero po czasie zrozumiałam, że Miłość to proces - tak samo jak zdrowienie, gojenie się. Każdy ma swoje własne tempo. Owszem, myśli rezygnacyjne zniknęły i najgorsze miałam już za sobą. Ale nie było zbyt słodko. Czy dobra Miłość powinna być właśnie taka nie za słodka? Moja Miłość miała z początku raczej smak soli sypanej na rany i łez, w których nadal tonęłam…wtedy On je całował. Mówił mi: możesz przy mnie płakać. A ja płakałam jeszcze bardziej, bo nikt wcześniej mnie tak nie traktował. Jego dotyk działa na mnie jak plasterek. Przytula mój układ nerwowy. Mój były mówił mi: wróć jak skończysz histeryzować. Uczucie bycia kochaną, akceptowaną w taki sposób było dla mnie zupełnie świeże. Najbardziej boimy się tego, czego nie znamy. Nagle nie byłam ze wszystkim sama. Ciężar spoczywający na moich barkach zrobił się o połowę lżejszy. Ktoś mnie łapał, kiedy rozpadałam się na kawałki. W tym popierdolonym świecie, w hałasie własnej głowy znalazłam ciche schronienie, w którym mogłam odpocząć i poczuć się bezpiecznie. Między nami jest przestrzeń na wyrozumiałość, bliskość i troskę. Od zawsze wiedziałam, że to właśnie w taki sposób chcę Kogoś kochać. Jednocześnie tak trudno mi wystawić się na kochanie. Odsłonić miękki, kruchy brzuszek. Zburzyć mur, który tak skrupulatnie budowałam wokół siebie. Opuścić gardę. Zaufać Komuś… Z pełną świadomością, że Miłość nie jest wiecznym uniesieniem, ale całą gamą emocji. Także tych nieprzyjemnych. Jest pracą. Decyzją. Kochanie Kogoś nie jest uczuciem, ale świadomym działaniem. I na pohybel cytatowi z Ericha Fromma: teraz wiem, że to dzięki relacjom uczymy się kochać siebie. Nauczyłam się, że nie muszę oczekiwać doskonałości, pełni zdrowia, żeby „zasłużyć” na Miłość. Trzeba po prostu zrobić jej miejsce. Oczekiwania są przeciwieństwem Miłości. Na nic nie muszę czekać. Przyjdzie w swoim tempie…

Poruszająca historia, z którą dość mocno się utożsamiam. Oczywiście na swój sposób.
Myślałem, że nie umiem już kochać i że miłość jest dla młodych. Mówiłem tak i próbowałem to sobie wmówić. Głównie po to, żeby dać sobie chwilę ulgi i jakoś to wszystko usprawiedliwić.
A potem się zakochałem. Tak naprawdę. Nie tak, że motylki z podręcznika, tylko tak że praca, zrozumienie wynikające z wielu trudnych rozmów, bezpieczeństwo dzięki temu, że się nie ocenialiśmy i oczywiście uczucie, dotyk, bliskość.
I to wszystko trwa ale to wszystko nadal wymaga i wymagać będzie pracy. Oboje o tym wiemy i dbamy o naszą własną dyscyplinę. Jak nie zadbamy o to sami, to paliwa z chemii zauroczenia nie wystarczy żeby dojechać daleko, a my właśnie daleko jechać chcemy.
I wiele osób krzywo na mnie patrzy jak mówię o dyscyplinie w kontekście miłości ale ja w to wierzę. Natomiast może dlatego Scott Peck nazwał jedną ze swoich książek „drogą rzadziej przemierzaną” bo faktycznie dziś prawdziwa miłość, wcale nie jest oczywista.